czwartek, 17 marca 2016

Bezglutenowa pizza na spodzie z kalafiora z warzywami, mozzarellą i dojrzewającą szynką / KONKURS!!!!

Kochani! Razem z Zomato ogłaszamy konkurs!
 Mamy dla Was do rozdania dwa vouchery! Dwa niesamowite vouchery do tajskiej restauracji Suparom Thaifood na 150 zł!! Ale to nie wszystko! Do każdego vouchera dodatkowo przypada masaż tajski dla dwóch osób!!!!
Chcemy, abyście opowiedzieli nam o swoim ulubionym tajskim daniu (może gotujecie je w domu, albo jedliście kiedyś w Tajlandii czy jakieś fajnej tajskiej knajpce?)! Nagrodzimy dwie według nas najfajniejsze odpowiedzi - te które będą pokazywały Wasze uwielbienie do tajskiej kuchni!
Na zgłoszenia czekamy do poniedziałku, 21.03. 2016 roku! Macie czas do północy!

Dzisiaj natomiast mamy dla Was fajny przepis na pizzę na kalafiorowym spodzie! Pomysł podpatrzyliśmy u naszej ulubionej Donny Hay! Pozmienialiśmy proporcję, dodaliśmy dużo więcej sera i oprócz parmezanu do pizzy trafił też cheddar! Sama opcja z kalafiorem, migdałami i serem jest dla nas ciut zbyt nijaka i sami polecamy dodać do masy przeciśnięty przez praskę czosnek, suszone oregano czy chilli.
Dodajcie do pizzy swoje ulubione składniki - my domową pizzę najbardziej lubimy z dojrzewającą szynką, pomidorkami, cukinią, bazylią i mozzarellą! Podaną z rukolą!
Spróbujcie koniecznie!



Składniki:
(8-10 sztuk o średnicy 15 cm lub 2-3 sztuki o średnicy ok. 30 cm)

760 g startego kalafiora (1 duży kalafior),
125 g mielonych migdałów,
50 g parmezanu,
30 g cheddaru,
5 sztuk jajek, rozmiar M,
2 ząbki czosnku,
oregano,
sól, pieprz

dodatkowo:

rukola,
dojrzewająca szynka,
mozzarella,
pomidorki koktajlowe,
pieczarki,
cukinia,
sos pomidorowy/passata/ketchup

Kalafiora podzielić na małe różyczki, umyć i osuszyć! Tak przygotowanego kalafiora zetrzeć na tarce na małych oczkach, a następnie dodać starte sery, mielone migdały, przyprawy oraz roztrzepane jajka. Powstałą masę rozłożyć na blaszki wyłożone papierem do pieczenia - najlepiej rozrysować sobie kółka przy pomocy ołówka, aby każda pizza była ślicznie okrąglutka! :)
Tak przygotowane spody pieczemy w piekarniku nagrzanym do 190 stopni przez około 20-25 minut, do lekkiego zrumienienia. Podpieczone spody wyciągamy z piekarnika, smarujemy ketchupem/sosem pomidorowym/passatą, a na wierzch wykładamy pozostałe ulubione składniki i pieczemy całość dalej przez 5-10 minut.
Upieczone pizze podajemy natychmiast!
Smacznego :)



WYNIKI KONKURSU!

Jak zawsze możemy na Was liczyć! Opisaliście nam cudowne historie!
Niestety vouchery mamy tylko dwa! To nie był łatwy wybór, ale zdecydować się musieliśmy!
Gratulujemy - Kamka Skakanka i ChilliBite - prosimy o kontakt mailowy z nami, abyśmy ustalili sposób przekazania voucherów - a reszcie ogromnie dziękujemy za udział!
Do następnego konkursu :)

13 komentarzy :

  1. Ulubione tajskie danie? Nie muszę dwa razy się zastanawiać: Pad Thai... Czy to z kurczakiem, czy z innym mięsem, tofu bądź krewetkami - uwielbiam. Słodko-słony sos, słodkie orzeszki, kwaśna limonka, ostre chili, słone mięso... I ta cebula, i ten obklejony sosem makaron... Danie, w którym łączą się wszystkie smaki: słodki, słony, kwaśny, ostry, gorzki, tworząc jedność i harmonię. Połączenie idealne. Gdy pierwszy raz spróbowałam go w pewnej tajskiej knajpce, przepadłam od razu. A dodatkowo, potrawa ta ważna dla mnie jest również dlatego, że była pierwszym tajskim daniem, które spróbowałam ;) Rozpoczęła moją miłość do tajskiej kuchni, którą kontynuuję do dziś, próbując coraz to nowych tajskich smaków. A co więcej, miłość do tajskiego dzielę z moim chłopakiem, co daje zwielokrotnioną dawkę miłości na porcję ;)

    Pozdrawiam gorąco!
    elix2@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Bangkok to moje miejsce na ziemi, jak już dorosnę, to tam zamieszkam. Kocham ruch skuterów, małe tuk tuki, przeprawy promem przez rzekę i podróże łódką wzdłuż kanałów, z panem lub panią kierującą przycumowaniem łodzi na przystanku za pomocą gwizdów o rożnych tonach i długościach. No i jedzenie, które jest dosłownie na każdym rogu, atakuje zapachem przypraw, przyciąga oko kolorem, nie pozwala pozostać obojętnym i krzyczy - zjedz mnie! Ale najbardziej lubię podróżować pociągiem trzeciej klasy. Jedzie się z kurami i psami, oseskami (które każdy może wziąć na kolana i chwilę się pobawić), zasuszonymi staruszkami (którym każdy pomaga) i z całą życzliwością otaczających ludzi (którzy pomimo bariery językowej gadają do nas i szczerze się uśmiechają). No i (znowu) jedzenie! Na każdej stacji wsiada ktoś nowy, z koszem pełnym pyszności, widać jak zmienia się asortyment sprzedawców wraz ze zmianą prowincji. Na drugiej stacji do pociągu z Bangkoku do Chiang Mai wsiada pani, które sprzedaje chrupki ze skóry wieprzowej, a drobne na wydanie trzyma...w uchu. Lepiej dawać odliczone. Są świeże owoce - soczyste ananasy, jabłka, mango, już pokrojone i gotowe do konsumpcji, czasami z dodatkiem woreczka z cukrem i chili do maczania. W jednym z takich koszy jest coś, co kocham (mój mąż również) całym sercem - smażona wieprzowina lub kurczak z tajską bazylią, podana na tacce z ryżem i z jajkiem sadzonym na wierzchu. To taki tajski fast food, jeżeli Taj nie wie co zjeść, wybierze właśnie to. Danie jest ostre i czerwone od papryczek chili birds' eyes, z nutką anyżu (tajska bazylia właśnie nim smakuje), a co najważniejsze - łatwe do odtworzenia w domu. Mięso można zmielić, ale w oryginale sieka się je drobno, jak na polskiego tatara (poza głównymi ośrodkami panuje opinia, że im dłużej się sieka, tym lepiej ugoszczony jest przybywający w progi gość). Mięso smaży się szybko z sosem rybnym i czosnkiem i papryczkami, pod koniec sypiąc sporo listków tajskiej bazylii. Pyszne!
    Wiem, że mój komentarz rozrósł się niebotycznie, ale o Tajlandii mogę długo, a już zwłaszcza o jej kuchni, która mnie za każdym razem czymś zniewala i rzuca na kolana. Dlatego nie mogę nie wspomnieć o drugim daniu, którym staram się najeść na zapas czyli khao soi - curry północy. Przywieźli je muzułmanie i to oni najlepiej je robią, jest gęste od mleka kokosowego, pikantne, podawany w Tajlandii nietypowo, bo ze świeżym makaronem jajecznym - w wersji ugotowanej, w samym daniu i posypane chrupiącymi kawałkami na wierzchu. Dodatki to dymka, marynowana kapusta sitowata (potocznie: musztardowiec), limonka i piekielni ostry sos z prażonego chili. Najlepsze jakie jadłam, to to z Lampang, z rodzinnej restauracji czynnej tylko do 11 i gotującej poza khao soi tylko jeszcze 3 czy 4 dania. Samo khao soi trudno odtworzyć w domu, zatem polecam całym sercem - spróbujcie, a potem jedzcie ile możecie, bo to rzecz warta grzechu!

    Pozdrawiam,
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  3. Kuchnia azjatycka zawsze wydawała mi się mocno skomplikowana, kosztowna i w dodatku z wykorzystaniem składników, które jest ciężko zdobyć. Na szczęście moi przyjaciele bardzo szybko wyprowadzili mnie z błędu: na którejś wizycie podali zupę tajską i to było TO. Miłość od pierwszej łyżki. Warzywa, mięso, trawa cytrynowa, pasta curry, mleko kokosowe - po prostu niebo w gębie. Od tego momentu zupa tajska jest moim daniem popisowym, zwłaszcza kiedy jeszcze podnoszę poprzeczkę i zamiast zwykłego kurczaka dodaję krewetki. W mojej lodówce nie może zabraknąć pasty curry i imbiru. Lubię wciąż próbować nowych smaków i szukać moich kolejnych dań kuchni tajskiej... Zwłaszcza, że egzotyczne składniki przestały być dobrem deficytowym, a kuchnia azjatycka staje się coraz popularniejsza.

    Pozdrawiam,
    Paulina
    polakobra@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim ulubionym tajskim daniem jest yum som oh (ยำส้มโอ), czyli wytrawna sałatka z owoców pomelo. Kiedy palcami rozrywam ich skórę i odzieram grubą błonę w powietrzu zaczyna unosić się słodko-gorzki zapach. Mówię Wam, tak pachnie raj! Składniki sałatki mogą się zmieniać, ale najważniejszy jest sos. Łączy w sobie mleko kokosowe, cukier palmowy, pastę z tamaryndowca, sos rybny oraz chili prik pao. Te słodko-kwaśno-ostre smaki sprawiają, że od razu jestem głodna. Na koniec warto sałatkę posypać samodzielnie przygotowanymi wiórkami z kokosa (uprażonymi na patelni), dzięki czemu uzyskamy nie tylko ciekawą grę smaków, ale i konsystencji. Sałatka z pomelo to mój sprawdzony sposób na najszybsze i najtańsze przeniesienie się do Azji! ทานให้อร่อยนะ!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tajska kuchnia to coś, co autentycznie kocham – to dzięki przygodzie z tą kuchnią przestałam bać się nowych smaków i innowacyjnych rozwiązań. Zaczęłam eksperymentować w kuchni i bawić się gotując!
    Bardzo klasyczną potrawą (nie Tajską, ale serwowaną ponoć w każde restauracji w Tajlandii), której spróbowałam w tajskiej restauracji były sajgonki z awokado mango i krewetkami… Jakie to było wyborne!!! Jak ja dzięki tej potrawie pokochałam awokado :) A spring rollsy to teraz moja podstawowa przekąska w pracy :) Szybkie, poręczne i łatwe do zrobienia :) To też kojarzy mi się z Tajlandią – street food w najlepszym wydaniu, możliwość poznania wielu smaków na każdym rogu ulicy :)
    Od kilku miesięcy o niczym bardziej nie marzę, niż o wyjeździe do Tajlandii – kraju kolorów, zapachów, niezwykłej kultury i PRZEDE WSZYSTKIM – smaków, o których nie może zapomnieć żadna osoba, która choć raz postawiła swój nogę na Tajskiej ziemi.
    Chciałabym zrobić mojemu chłopakowi niespodziankę i w tym roku zabrać go do Tajlandii na jego trzydzieste urodziny. Trzymaj kciuki żeby się udało :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Poczatkowo bylam dosc sceptycznie nastawiona to kuchni tajskiej. Najbardziej z powodu skladnikow, ktorych w polskich daniach raczej nie uzywamy. Ale wszystko co nowe przeraza a co kolorowe kusi ;) I chyba to mnie najbardziej zachecilo do sprobowania. Bardzo lubie spring rollsy za swoja lekkosc i prostote. Dobre na kazda okazje. Pad Thai z malzami sw. Jakuba jest polaczeniem tak odmiennych ze soba smakow, ze za kazdym razem mnie zaskakuje ze to tak dobrze smakuje :) I oczywiscie wszelkie wariacje krewetek w sosie curry.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. 2 lata temu byłam w Tajlandii i smakowało mi dosłownie wszystko. Na początku bałam się stołować na ulicy aby nie mieć problemów żołądkowych, później się przełamałam i żałowałam, że zrobiłam to tak późno! Ze względu na to, że garkuchnie specjalizują się zwykle w 1 typie potraw wszystko jest świeże, idealnie doprawione, dostępne od ręki i bardzo tanie. Najbardziej smakowały mi jednak różnorodne szaszłyczki: z owoców morza, ciasta z farszami (np z całym jajkiem lub genialne słodkawe ciasteczka z mięsnym farszem), podrobów, kiełbasek i... szczurów polnych. W każdym miejscu inne, w każdym pyszne! Do tego niezwykle orzeźwiający shake przygotowywany wyłącznie z owoców i lodu. Warto pojechać, warto spróbować.
    Justyna
    e-mail: tyskatyska88@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Moja miłość do tajskiej kuchni zrodziła się u źródła, a więc w Tajlandii. Choć otwarcie muszę przyznać, że do tego czasu nie tolerowałam ostrych smaków, które głównie utożsamiałam z ostrością wyuczoną w Polsce, czyli smakiem pikantnego keczupu lub tabasco, który paraliżuje kubeczki smakowe pozbawiając ich zdolności czucia. Jakże wielkim odkryciem było dla mnie zaznanie tajskiej pikanterii potraw, która jest niczym magią na talerzu!! Staranie dobrane mieszanki przypraw łączą w sobie wyraźny zapach słodkości owoców z ostrą nutą, która wesoło porusza receptory węchu. To wszystko składa się na niepowtarzalny smak tajskiej kuchni, która owszem jest ostra, ale ujmę to jako inteligentną ostrość, która najpierw świdruje na języku, a po przełknięciu pozostawia za sobą pełen bukiet smaków spożywanej potrawy. To jest prawdziwa wirtuozeria i najwyższy kunszt kulinarny, którą ja przyrównuje do magii, bo żadna kuchnia nie zostawia po sobie takich doznań! I doprawdy każda tajska potrawa potrafi tak czarować! Niesamowicie trudnym zadaniem jest wybrać tylko jedną – ale tą potrawą, która najpierw chwyciła za mój język, a potem za serce było zielone curry <3 teraz mogę powiedzieć, że to moje popisowe danie, ale chyba głównie dlatego, że tak często je gotuje, bo wciąż czuję, że daleko mi do odtworzenia misterności tajskiego smaku. Niemniej, nadal przyrządzanie curry przywołuje mi najlepsze wspomnienia z wakacji…także te smakowe :)

    Kamka
    kamczatka6@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Jakieś dwadzieścia kilka lat temu, gdy jedynie z grubsza wiedziałam gdzie może leżeć Tajlandia, któregoś razu z moim ówczesnym chłopakiem, a dzisiejszym maużem trafiliśmy do tajskiej knajpki u podnóży Barbakanu na warszawskiej Starówce. Trafiliśmy przypadkiem przyciągnięci przez obłędne aromaty wydobywające się z podziemi. Nie rozumielismy niczego w karcie, nie mielismy pojęcia o żadnym z wymienionych w niej dań. No to zjedliśmy to, co zamawiali wówczas wszyscy - Tom Yum Soup, ale każde z nas w innej wersji - ja zabielaną, mauż klarowną. Ta sama zupa, a dwie różne wersje. No i się zaczęło, siorbanie, mlaskanie, studzenie bardzo gorącej miski zupy, rozkładanie na czynniki pierwsze składu i smaku. Obie zupy były z mnóstwem trawy cytrynowej (co to to długie dziwne?), ogromnych krewetek (to one mogą być takie duże?), egzotycznymi grzybami (te to chyba na drzewie rosną, jak myślisz?), liśćmi limonki kaffir (to chyba z cytryny nie? nie wiedziałam, ze oni z liśćmi jedzą), świeżej kolendry (strasznie dziwna ta natka), ostrej chilli (przecież prosiłam o łagodną wersję!) i galangalu (fajne toto chrupiące w środku). Nie znaliśmy większości składników, daliśmy się zaczarować nieznanym smakom, teksturom i aromatom. I jeszcze ta urzekająca uprzejmość obsługi, która w maleńkim lokalu nabitym po sufit jak w ukropie uwijała się między stolikami.
    Restauracja już nie istnieje, czasem poszukujemy tego samego smaku we własnej kuchni, bywa, że uda nam się upchnąć dzieci do kolegów i urywamy się we dwoje na randkę z Tajlandią w którejś z warszawskich restauracji. Podróż do Tajlandii jeszcze przed nami, może w drugiem dwudziestce naszego małżeństwa w końcu się uda?
    Tymczasem sporo składników powszechnych w kuchni tajskiej miewam we własnej kuchni i czasem się do nich uśmiecham przed posiekaniem ;)
    Ka

    OdpowiedzUsuń
  11. Moja miłość do kuchni tajskiej zaczęła się 10 lat temu i trwa nieprzerwanie z równą siłą do dziś. Jak łatwo się domyślić strzała tajskiego amora dosięgła mnie w kraju tysiąca uśmiechów. Był to bodajże dziewiąty albo dziesiąty dzień naszej dziewczyńskiej poodróży od Malezji przez Tajlandię, kiedy znalazłyśmy się w jednym z najcudowniejszych miejsc, na plaży Ao Nang w zatoce Ton Sai. To raj dla wspinaczy i jak dla mnie też dla tych, którzy szukają nieskrępowanego niczym spokoju. Nie wiem jak teraz, ale wtedy dostać się tam mogłyśmy jedynie łodzią, a nocowałyśmy w prostych bungalowach wśród bujnej roślinności kilka kroków od plaży z imponującymi formacjami skalnymi. Kulinarnego olśnienia doznałam pierwszego wieczora gdy zamówiłyśmy Green curry z warzywami. Od pierwszych chwil wiedziałam, że to mój smak! Połączenie ostrego curry z mleczkiem kokosowym i wyczuwalne nuty trawy cytrynowej, liście limonki kafir, krople sosu rybnego, świeża tajska bazylia, z szumem fal, gwiaździstym niebem, cieniem wapienia, ciepła nocy.... myślę, że wiecie o czym mówię. Green curry było pierwszym daniem jakiem ugotowałam dla przyjaciół po powrocie i jest moim sztandarowym do dziś. Doszłam niemalże do perfekcji 😀 ale najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że za każdym razem, nieprzerwanie od tych kilku lat, jedzenie go sprawia mi dziką frajdę i przyprawia mnie o to bardzo przyjemne uczucie - satysfakcja organoleptyczna przywołująca wspomnienie cudownych wakacji. I mam nadzieję, ze tam wrócę. Pozdrawiam. Danowskamonika@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Powiem tak, była to miłość trudna, bynajmniej od pierwszego wejrzenia. Myślałam, że nic z tego nie będzie i wszelkie więzi emocjonalno -gastryczne nigdy nie zostaną nawiązane po tym jak podano mi co prawda pięknie wyglądający talerz curry, po którego sprobowaniu zamarzyłam o miejscu, którego opisywać tu nie będę :). Było to jednak tak dawno temu, że udaję, że nie pamiętam, albo że był to zły sen. Potem poszłam z narzeczonym do cudnej, małej i niepozornej knajpki na przedmieściach Szczecina i zakochałam się. To była moja mała Tajlandia a każdy kęs dań, które degustowalismy powodował, że chcieliśmy niepoprawnie więcej i więcej. .. teraz sami od czasu do czasu organizujemy sobie w zaciszu domowym naszą małą Tajlandię i marzymy o tej wielkiej mniej wyimaginowanej :)

    Karolina
    janeczekarolina@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Już kolejny raz spotykam się z pizzą na tym kalafiorowym spodzie, ale zawsze nurtuje mnie pytanie. Czy jest chrupki czy miękki? :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...